Lata 2000-e: Ku nowym formom kabaretu

Poprawiono: 20 maj 2015
Utworzono: 12 listopad 2014
Odsłony: 3132

Po zakończeniu zielonogórsko-krakowskiej rewolucji kabaret stał się modny – nie tylko wśród młodych artystów i spragnionych śmiechu odbiorców, także wśród telewizyjnych magów, którzy obiecują wiele: popularność i pieniądze. Ale mają też swoją cenę: trafianie w upodobania modelowego widza, a więc… nikogo. Statystycznemu odbiorcy ponoć trudno się skupić, skecz zatem musi być krótki, głośny, z błyskawiczną, wyciosaną toporem puentą. Postaci jednoznaczne: niezbyt inteligentna blondyna, zniewieściały homoseksualista, opóźniony umysłowo poczciwota, prowincjonalny mędrek. Tematy, hm… fizjologia, a nawet skatologia, małżeńskie zdrady i trójkąty, bociany, gejowskie i lesbijskiej związki oraz wpadki polityków i przedrzeźnianie celebrytów. Język – mało wyrafinowany, pozbawiony subtelnych aluzji i metafor, za to pełen przekleństw, slangowych wyrażeń albo infantylnych uproszczeń. Aneta Kyzioł, publicystka polityki, w artykule o znaczącym tytule (nie)śmieszne maratony kabaretowe, wyjaśnia ten stan następująco:

Ludzie najchętniej śmieją się z głupszych od siebie (konsekwentnie przy tym nie przyjmując do wiadomości, że jest to ich własne odbicie w krzywym zwierciadle). Dlatego prawie każdy rodzimy kabaret wygląda jak gromada dzieci specjalnej troski. Łowcy.b przechadzają się po scenie w poprutych swetrach i za krótkich spodniach, i mówią dziwnie zmienionymi głosami. […] Paranienormalni mają Mariolkę (graną przez faceta w peruce), która ciągle krzyczy „Hello” i ma „psiapsiółę” Gabryśkę, z którą robią „takie krejzi rzeczy”. […] Ulubionymi rekwizytami polskich kabareciarzy są śmieszne peruki, okulary, podomki i papiloty (przebranie „za babę” to klasyka), siateczkowe podkoszulki i berety z antenką. Jakby wszyscy zgodnie przyjęli, że tylko głupszy ma prawo stroić sobie żarty z ludzi, którzy zapłacili za bilet.

Mniej więcej od połowy lat 90-tych trwa romans kabaretu z telewizją – zwaną „masową”. I – jak twierdzą nie tylko publicyści oraz badacze, także sami artyści – upadek rodzimego kabaretu, inwazja twórczości przez duże TFU. Bo skoro dążeniem jest by zyskać więcej sympatyków, a nie widzów docelowych, to – jak przewidywał Władysław Sikora – takie działanie „doprowadzi w końcu do ulegania gustom najprostszej publiczności i stopniowego obniżania lotów do najbardziej pospolitego poczucia humoru. I finalnie zostaje się artystą użytkowym – ku uciesze gawiedzi”. 


Jest to fragment książki Izoldy Kiec "Historia Polskiego Kabaretu". Publikacja za zgodą Wydawnictwa Poznańskiego, 2014.

Dodaj komentarz


Kod antyspamowy
Odśwież


Powered by JS Network Solutions